Jest w naszym kraju kilka takich miejsc, które jednoznacznie kojarzą się z weekendowym, a nawet jednodniowym wypadem. Do takich miejsc niewątpliwie należy właśnie Sopot. Sam do końca nie wiem czemu tak jest, ale w mojej głowie z krótką podróżą nad morze, zawsze nierozerwalnie łączy się właśnie Sopot. W związku z tym, kiedy powstał pomysł dorocznego spotkania z naszymi poznanymi w Chorwacji znajomymi, pierwszym wyborem było właśnie to niewielkie miasto między Gdańskiem a Gdynią. Jako, że czas od pomysłu do realizacji płynie u nas z prędkością światła, to zarezerwowaliśmy nocleg i w przedświąteczny weekend odwiedziliśmy Sopot.

W Bałtyk suchą nogą

Jeśli zapytałbym się jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie z Sopotem podejrzewam, że 90% z Was odpowiedziałaby „molo”. U mnie jest podobnie. Sopot = molo. W sumie nic w tym dziwnego ponieważ to właśnie owo molo jest największą atrakcją miasta już od 1827 roku, kiedy to Jerzy Haffner zbudował w tym miejscu pierwszy pomost o długości 31,5 metra. W kolejnych latach molo było rozbudowane aby w swoje 25-te urodziny osiągnąć zbliżony do obecnego kształt i długość 315 metrów. W kolejnych latach molo wydłużyło się jeszcze bardziej, aby osiągnąć 515,5 metra z czego 458 metrów wychodzi w głąb Zatoki Gdańskiej. Tym samym Sopot zyskał najdłuższy pomost nad Bałtykiem, a z racji że Bałtyk jest tylko jeden to mamy w Polsce coś najdłuższego na Świecie. Fajne uczucie!

Molo przyciąga do Sopotu rzesze turystów, którzy odbywają po jego deskach prawie kilometrowy spacer bez względu na panującą wokół pogodę. Niby dziwne, bo co może być przyjemnego  w spacerowaniu będąc opatulonym w niezliczone warstwy bawełny, kiedy na dworze jedynie 5 stopni na plusie? Sam nie wiem, ale molo przyciąga jak magnes. Nas również złapało w swe sidła i wystawiło na próbę zimna.

Molo w Sopocie

Jesteśmy uparci i molo przeszliśmy w całości, z każdym krokiem doświadczając szybko spadającej temperatury. I to w sopockim molo jest fajnie. Nie, nie to, że jest tam wietrznie i większość roku zimno, a to że ja mogę je przejechać praktycznie w całości. Tak, jestem w tym momencie egoistą. Wybierając się na wędrówkę po najdłuższym pomoście naszego morza warto by było dojść na jego koniec, prawda? Jednak w pewnym momencie natrafia się na schody. I tu pierwszy bonus. Obok schodów jest winda. Szybko zjeżdżamy kilkanaście centymetrów niżej i już bez przeszkód zdobywamy końcowy punkt pomostu, gdzie obserwować możemy bezkres morza, statki i dziesiątki kłódek pozostawionych tu przez młodych zakochanych.

sopockie molo

Z racji panującej w tym miejscu temperatury, szybko udaliśmy się w dalszą wędrówkę po molo, w kierunku zbudowanej w 2011 roku przystani dla jachtów. Aby dostać się na przystań trzeba pokonać kilka schodków, ale i w tym miejscu czeka na nas bonus w postaci świetnie wyprofilowanego podjazdu. Na końcu przystani znajduje się podwyższony podest i tu muszę Was niestety zmartwić. Na ten podest nie ma windy, ani podjazdu więc trzeba się obejść smakiem, chyba, że jest z Wami ktoś do pomocy. Ja dzięki mojej żonie i naszym znajomym dałem radę. 🙂

Niestety panująca na molo temperatura szybko nas z niego wygoniła, ale udało mi się być na jego krańcu dzięki fajnym dostosowaniom i w dodatku „suchą nogą”.

Trzeba dodać, że w sezonie wejście na molo jest płatne, ale warto zapłacić choćby dla zdrowia bo na końcu pomostu stężenie jodu jest dwukrotnie wyższe niż na lądzie.

Na „Monciaku” każdy ma szyk

No tak. Zacząłem trochę od tyłu, ale zrobiłem to z premedytacją, bo molo jest niewątpliwie największą atrakcją Sopotu i należy mu się „jedyneczka”. Jednak nie powinno się na tę „jedyneczkę” wejść, nie wydeptując wcześniej choć trochę „Monciaka”, czyli ulicy Bohaterów Monte Casino. Ulica ta nierozerwalnie łączy się z molem i prowadzi praktycznie od jego początku aż do kościoła pw. św. Jerzego. A może odwrotnie? 🙂 Tak czy siak pewnym jest, że „Monciak” to ulica lansu, restauracji, sklepów, klubów, galerii, horrendalnie wysokich cen za m2, ale przede wszystkim najpopularniejszy turystyczny deptak w Trójmieście. I właśnie ta wymieniona jako ostatnia funkcja tej ulicy wykorzystywana jest najczęściej. Turyści z każdego zakątka Świata, bez względu na pogodę, skutecznie wydeptują sopocki „Monciak”. Ilość osób, które można na nim spotkać rośnie proporcjonalnie do wzrostu słupka rtęci na termometrze, także w sezonie letnim jest tu równie tłumnie, jak na Wielkim Murze Chińskim. Ciekawe w tej ulicy jest to, że prawie wszyscy spacerowicze wybierają dla niej swoje „niedzielne ubranie”. Nie ma to tamto, czy jest +30 czy -5 mini i szpilki na „Monciaku” spotkać można bez trudu. Fajne widoki ma ta ulica i to bez względu na pogodę. Nie można także narzekać na muzykę, bo ulicznego wirtuoza instrumentów przeróżnych spotkać tu równie łatwo jak wspomniane wcześniej mini. Z biegiem zachodzącego słońca, spacerowicze dają odpocząć ulicy chowając się w kawiarenkach, restauracjach czy klubach. I tak w swoim spacerwo-kulinarno-zabawowym stylu „Monciak” żyje praktycznie całą dobę. Fajnie tu, tak nowojorsko.

Sopot Monciak

Osoby poruszające się na wózku inwalidzkim na Bohaterów Monte Casino nie mają zbyt kolorowo, a to dlatego, że ulica w większości ułożona jest na stoku i do tego miejscami pokryta staro brukiem. Ale cóż, „Monciakowi” trzeba wybaczyć. Podróżując od strony kościoła św. Jerzego w kierunku morza po prawej stronie napotykamy pełen rzeczy przeróżnych sklep o nazwie Tiger, w którym nieustannie panuje tłok. Lubię tam zachodzić. Nie zawsze coś kupuję, ale czasem wpadnie mi w oko coś, czego przeznaczenia nie jestem pewien i wtedy chętnie staję się właścicielem takiej rzeczy. Tak było w tym roku, kupiłem drewnianego ludka i dopiero po czasie, od przebywającej z nami w Sopocie Anity, dowiedziałem się że jest to model do ćwiczenia postaci w rysunku. Fajne! Kontynuując spacer po „czerwonym dywanie – Monciaku” napotykamy na pijalnię czekolady E. Wedel. Przyznam szczerze, że w tej sopockiej nigdy nie byłem, ale jeśli serwuje podobne smaki, jak jej warszawska wersja to gorąco polecam, gorącą czekoladę. Pozostajemy w klimatach kulinarnych. Niestety smaki, których doświadczyłem w pizzerii Sempre na rogu Monciaka i ul. Haffnera, zaliczyć mogę do tych najmniej lubianych. Nie wiem czy kucharz się we mnie zakochał, czy to wpływ morskiej, słonej wody, ale pizza, którą w tym miejscu jadłem była słona przeokropnie. Podejrzewam, że woda w moim organizmie osiągnęła zasolenie Morza Martwego. Także nie polecam pizzy z boczkiem w Sempre. Na poprawę humoru mam dla Was wiadomość, że naprzeciwko „zasolonej pizzerii” jest pyszny kebab. Chodzi mi o ten z czerwonymi neonami. Wersja średnio ostra jest świetna, szkoda tylko, że nie ma większych porcji, bo w końcu dwa to przesada, nie? Ok, najedliśmy się, opiliśmy czekolady i zrobiliśmy raczej mało potrzebne zakupy, to ruszamy dalej. Po lewej stronie mijamy Krzywy Domek. Fajny z zewnątrz, w środku bez szału, biura, dyskoteki, kawiarnie. I tak powolnym, spacerowym krokiem dochodzimy do przejścia nad ulicą Grunwaldzką po lewej stronie mijając m.in. kino. Po chwili napotykamy na bramę obdarzoną sporych rozmiarów szyldem z napisem „MOLO”, który zaprasza nas na Skwer Kuracyjny pełen fajnie uformowanych drzew.

 Sopot Molo

Sopot Plac Zdrojowy

Na samym początku skweru stoi duża beczka z której miła pani sprzedaje oscypki. Tak, oscypki nad morzem. Dowiedziałem się, że owe serki codziennie przybywają tu pociągiem z Zakopanego. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale marketing zacny. Gdyby ktoś miał ochotę na pyszną, świeżą rybę to polecam smażalnię po prawej stronie tuż za bramą z napisem „Molo”. Pycha!

Dość tych kulinariów! Spacerujemy! Zwiedzamy! Jeśli chcecie zobaczyć Sopot z wysokości ok. 25 metrów to koniecznie odwiedźcie latarnię morską (wstęp płatny), znajdującą się na prawo od Skweru Kuracyjnego. Ciekawostką jest fakt, że latarnia już latarnią morską nie jest, a do 1975 roku była dymiącym kominem kotłowni szpitala reumatologicznego. Osobiście tam nie byłem, ale szczerze wątpię aby była tam winda. Po odwiedzeniu latarni łukowatą drogą Skweru Kuracyjnego dochodzimy do drewnianego placu nazywanego „patelnią”, który jest jednocześnie wprowadzeniem do naszej „sopockiej jedyneczki”, czyli molo.

I tak właśnie wygląda mój i Gohy spacer po Sopocie. Przez „Monciak” do molo z pauzami na uciechy zakupowe lub te dla podniebienia. Przyznam się bez bicia, że nic więcej w Sopocie nie zwiedziłem. Nawet nie wiem, czy da się zobaczyć coś jeszcze, no może poza Operą Leśną. Jeśli pisząc to popełniam niewybaczalny błąd i znacie jakieś fajne miejsca w Sopocie to koniecznie dajcie znać! Bardzo chętnie je odwiedzimy. 🙂

Nocleg w Sopocie dla niepełnosprawnych

W Sopocie nocowaliśmy trzykrotnie w trzech różnych miejscach. Opiszę każde z nich aby być może pomóc Wam w wyborze noclegu na sopocki weekend.

RoFel Pokoje Gościnne

W tym roku nocowaliśmy w RoFel Pokoje Gościnne przy ulicy Haffnera 16. Pensjonat prowadzi bardzo miłe i pomocne małżeństwo i to jest jego pierwszy plus. Kolejnym plusem pensjonatu jest dystans jaki dzieli go od „Monciaka”. Jest naprawdę blisko, może 3 minuty spacerem i jesteśmy przy Krzywym Domku, a cała droga jest płaska i równa. Dodatkowo na posesji znajduje się wliczony w cenę noclegu parking. Skupmy się teraz na wnętrzu. Wjazd do pensjonatu na wózku inwalidzkim nie stanowi żadnego problemu, wszystko jest na poziomie „0”. Po wejściu do środka natrafiamy na małą recepcję, a chwilę później na bardzo dobrze wyposażoną, ogólnodostępną dla gości kuchnię.

RoFel Pokoje Gościnne kuchnia

W pensjonacie znajduje się tylko kilka pokoi, a trzy z nich umiejscowione są na parterze, na lewo od kuchni, więc nie ma problemu z dostaniem się do nich na wózku inwalidzkim. Widziałem każdy z nich i osobiście polecam ten najbliższy kuchni, numer 3. Ten pokój jest największy i tym samym najwygodniejszy dla osoby poruszającej się na wózku.

RoFel Pokoje Gościnne pokój

Pokój był czysty, przestronny, dobrze wyposażony, a łóżka mogą być albo zsunięte w jedno lub stanowić dwa osobne. Z pokoju można wyjść na taras, ale niestety aby się na niego dostać trzeba pokonać spory próg. Jest jednak na to sposób, na taras można się dostać od strony parkingu.

RoFel Pokoje Gościnne taras

Jeżeli chodzi o łazienkę to niestety nie jest ona dostosowana, ale jest na tyle duża, że da się z niej skorzystać.

RoFel Pokoje Gościnne łazienka

Na wyposażeniu łazienki znajdują się ręczniki, podstawowe kosmetyki i suszarka do włosów.

Z racji na niedostosowaną łazienkę nie mogę w 100% polecić osobom niepełnosprawnym noclegu w RoFel Pokoje Gościnne. Jednak ja sobie w niej poradziłem, więc jeżeli nie przeszkadza Wam brak dostosowania, to poza łazienką wszystko jest tu idealne i nie będzie stanowić żadnego problemu dla wózka. Jest tu czysto, przestronnie, płasko, wszystko jest nowe i ładne, a w dodatku jest stąd bardzo blisko do głównych atrakcji Sopotu.

Antonina Boutique Hotel

Podczas wizyty w Sopocie rok temu nocowaliśmy w Antonina Boutique Hotel. Hotel znajduje się przy ulicy Obrońców Westerplatte 36A i od „Monciaka” dzieli go ponad 500 metrów. Trasa nie nastręcza większych problemów, jednak lądujemy na samym początku spacerowej ulicy Sopotu więc musimy się liczyć z górką. Hotel dysponuje własnym parkingiem i dobrze wyprofilowanym, choć niefortunnie ułożonym ze staro bruku podjazdem prowadzącym do wejścia.

Hotel Antonina Sopot podjazd

Po wejściu wchodzimy do przestronnego holu urządzonego, zresztą podobnie jak cały hotel, w iście królewskim stylu.

Hotel Antonina Sopot recepcja

W holu poza recepcją znajduje się restauracja i winda, dzięki której bezproblemowo dostajemy się do pokoju. Sam pokój jest rozmiarów standardowego pokoju hotelowego i posiada podstawowe wyposażenie. Nie ma się tu do czego przyczepić, choć mogłoby być trochę więcej miejsca.

Hotel Antonina Sopot pokój

Łazienka nie jest dostosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych i nie należy do największych. Na wyposażeniu są ręczniki i podstawowe kosmetyki.

Hotel Antonina Sopot lazienka

Rano w hotelowej restauracji czeka pyszne śniadanie z możliwością zamówienia świeżego omletu czy jajecznicy.

Hotel Antonina Sopot śniadanie

Do plusów należy niewątpliwie zaliczyć oryginalny wystrój hotelu, jego przemiłą obsługę, smaczne śniadania i niezbyt duży dystans od „Monciaka”. Minusem, dla mnie, była mała łazienka, pomijając fakt braku jej dostosowania lecz o tym zostałem przed wyjazdem poinformowany.

Hotel Sheraton Sopot

Jakiś czas temu zdarzyło nam się nocować w pięciogwiazdkowym sopockim Sheratonie. Cóż ja mam tu napisać? 5* to kompletnie inne realia. Miły Pan otwiera Wam drzwi, nosi za Wami walizki (nawet wężykiem), mają tu specjalną obniżoną ladę do obsługi osób niepełnosprawnych, a pokój jest duży i w 100% przystosowany. Wyposażenie pokoju i łazienki w najwyższym standardzie. Lokalizacja? Z okna widać molo. 🙂 Kompletnie nie ma się do czego przyczepić i jedynym minusem jest cena. Zdarzyło nam się z Gohą kilkukrotnie nocować w pięciogwiazdkowych hotelach i zdecydowanie moglibyśmy się do tego przyzwyczaić, tylko … gdyby nie ta cena…

 

Reasumując, Sopot na weekend zawsze spoko!

8 KOMENTARZE

  1. Jak byłam kiedyś w Sopocie to bardzo mi się to miasto podobało. Było gdzie wyjść, gdzie czas spędzić. Zatrzymaliśmy się w hotelu Opera godny uwagi bo nie drogi, czysty i spokojnie wszędzie. Ogólnie Sopot to takie troszkę spokojne miasto, ale nocą się rozkręca. Restauracje mają smaczne jedzenie.

  2. Sopot to fajne miasto szczególnie w lecie, ale tylko dla osób bardziej kasiastych (ceny są tu kosmiczne dla przeciętnie zarabiającego Polaka) jest, gdzie poimprezować klub ma tu sam Nergal ! Wieczorami pod latarnią można spotkać nie jedną “różową panienkę”, która panów będzie zachęcać do rozpusty, rodziny nie powinny tu przyjeżdżać. Ogółem warto, ale minusem jest to, że za wejście na molo trzeba zapłacić.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ